recenzja filmu Victor Frankenstein, Victor Frankenstein 2015

Victor Frankenstein to dla mnie nowość

Victor Frankenstein nigdy nie należał do postaci, które mnie interesowały. Kiedy pojawił się film w 1994 roku, miałam wówczas 7 lat i moi rodzice starali się nie dopuścić do tego, żebym oglądała „straszne i mroczne filmy”. Faktycznie spać po nich nie mogłam…

I tym sposobem „Frankenstein” mnie ominął, chociaż z popkultury doskonale kojarzyłam, co to za postać. Nie spieszyło mi się, żeby się zapoznawać z dosyć starą produkcją. Natomiast kiedy pojawił się „Victor Frankenstein” w 2015, wiedziałam, że ten tytuł sprawdzę. Niedawno przypomniałam sobie o nim.

Wielce wciągający opis:

 

Igor – przyjaciel i pomocnik młodego studenta medycyny Victora von Frankensteina – opowiada o tym, jak stał się świadkiem powstania legendy.

Victor Frankenstein – fabuła to najmniej istotny element

Powiem Wam, że ja generalnie ubóstwiam klimaty steampunkowe i każdy nowy film w ten deseń zrobiony zazwyczaj mi się podoba. Można bowiem oko swoje nacieszyć. W dodatku (na przekór rodzicom), pokochałam wszelkie produkcje grozy, ocierające się o horror, zatem wiele oczekiwałam od filmu „Victor Frankenstein”. Opowiedziana została tutaj historia Igora, który jest pomocnikiem Victora. Ma garba jak wielbłąd oraz rozmazany makijaż i generalnie nie wiedzie mu się w cyrku (tam właśnie pracuje i żyje), ale nagle na jego drodze pojawia się Frankenstein. Igor trochę zna się na medycynie, ale sam sobie pomóc nie potrafi – jak to mówią „szewc bez butów chodzi”. Wreszcie Victor zabiera go do siebie i zaczyna się zabawa. Jeżeli jesteście fanami tytułowej postaci, to już chyba wiecie, co wydarzy się dalej. Wydaje mi się, że tutaj oryginał nie został ruszony (chociaż ja tego nie wiem, bo nie porównywałam ze starą wersją). Powiem Wam, że bawiłam się bardzo dobrze, podobały mi się efekty, stroje aktorów i generalnie cała opowieść również. Ta produkcja nie zrobi wrażenia na osobach, które już tytuł znają, ale ja miałam prawo się zachwycać. Wiadomo, że jest to raczej film na jeden raz, ja się cudów nie spodziewałam.

Bohaterowie – Potter do Hogwartu!

Victor i Igor to ciekawy duet. Poboczne postacie nie denerwowały mocno, wkraczały w odpowiednim momencie. Nie przyczyniały się co prawda do niczego, mieliśmy tu historię dwóch bohaterów, ale mi to nie przeszkadza. Nie wszystkie opowieści muszą być wielowątkowe. Radclife sprawdził się w tej roli całkiem znośnie, chociaż ja generalnie zawsze będę go kojarzyła z Potterem (tak samo jak Patisona z Cedrikiem – stąd wielkie zamiłowanie do niego) i przez cały seans miałam ochotę dać mu kopniaka tak wielkiego, żeby doleciał  z powrotem do Hogwartu.  Cyrkówka jest wkurzająca –  śmieszna jak rzewna Paloma. W zasadzie i tak w filmie „Victor Frankenstein” postacie można polubić, da się nawet przeanalizować ich portrety psychologiczne, a to uważam za ciekawy element.

Muzyka

W tym filmie mamy kawałek dobrej muzyki i duży kawałek świetnych efektów. Nie są to może moje ulubione piosenki, nie przerzuciłam do telefonu, nie zostaną moimi dzwonkami, ale odpowiednio dopasowują się do charakteru tej historii.

Plusy za:

  • steampunkowy klimat
  • efekty
  • ciekawą historię (dla mnie, ponieważ dobrze wszystkiego nie znałam, ale rozumiem, że dla wielu może to być odgrzewany kotlet)

Minusy za:

  • Radclifa, który niekoniecznie pasował do tego filmu

 

Ocena końcowa: 3+

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • Nie widziałam jeszcze, widzę natomiast, że jest online dostępny, to plan na dziś wieczór 😉

    • Obejrzyj! I koniecznie daj znać, co myślisz 🙂 Jestem bardzo ciekawa.

      • Obejrzałam – filmidło do zapełnienia czasu ok, ale jakoś mnie jednak nie powaliło 😉

        • Wiesz, ja nigdy Frankensteina nie oglądałam, więc dla mnie to całkiem ciekawe było 😉 Fakt, że nie powala, ale obejrzeć się da. No i efekty całkiem niezłe.

Powiązane wpisy

Here you can find the related articles with the post you have recently read.