Stranger Things recenzja

Stranger Things – jest się czym podniecać?

Stranger Things śmierdzi płycizną na kilometr, ale jak zapytacie mnie, co w kulturze i sztuce lubię najbardziej, to powiem wam, że kocham powroty. I jeżeli jesteście ciekawi dlaczego, to należy tylko współczuć. Moje życie składa się z takich powrotów i Twoje również.

Zbliżamy się do momentu, kiedy kinematografia współczesna rozkwitła na tyle, że coraz trudniej będzie znaleźć całkiem nowy i oryginalny pomysł. To jasne, że doświadczymy powrotów. Tak obecnie dzieje się we wszystkich dziedzinach. W pewnym momencie mamy przesyt nowości i ciekawe nagle okazuje się wszystko to…, co stare!

Współcześnie jednak mamy prawdziwy misz-masz. Wszystko wraca do łask, ale też funkcjonuje to, co nowe. Są jednak schematy, których mimo wszystko powielać i unowocześniać nikt nie chce.

Tak właśnie jest z produkcjami sci-fi z dawnych lat.

Twórcy The Stranger Things nie bali się jednak wkroczyć na oldschoolowe tereny. I chwała im za to!

Produkcje z lat 80

Jakiś czas temu naszło mnie, żeby obejrzeć stare produkcje z lat 80. Byłam zachwycona. Nazwijmy te produkcje „dziełami” na potrzeby ów wpisu. Tak więc dzieła, zawsze zawierały pouczenia. To ich pierwszy plus. Po drugie: twórcy nie bali się dziwacznych rozwiązań i mocno fantastycznych zagmatwań fabularnych. Poza tym, nigdy nie prowadzili widza za rączkę, jak to się obecnie dzieje. Film mógł być bardzo długi, a nie nudził. Film miał bogatą treść i skłaniał do refleksji. Nawet produkcje dla dzieci były dobrze przemyślane i zawierały ponadczasową treść. Role główne grały dzieci. No i wisienka na torcie – twórcy nie bali się ukończyć dzieła. Wydaje mi się, że obecnie na siłę zakończenia są pourywane, żeby tylko napisać kolejną część lub stworzyć 50 sezon kultowego serialu. Oby tylko złota kura nie przestała znosić złotych jajek…

Stranger Things – powrót do dzieciństwa

Najważniejszy jest jednak jeden tylko powrót w tym serialu – to smak dzieciństwa. Oglądając „The Stranger Things” czułam się jakbym miała znowu 12 lat. Uśmiechałam się, kiedy patrzyłam na nagrywane 10 razy kasety magnetofonowe. Kto tego nie robił? 🙂 Z wielkim sentymentem obserwowałam jazdę dzieciaków na rowerach, bo przecież kiedyś miałam podobny środek transportu. Mało tego. Twórcy dorzucili też Winonę Ryder, która stała się moją ulubioną aktorką od momentu, w którym obejrzałam ją w „Edwardzie Nożycorękim”. Jeszcze wam mało? No to w takim razie jest muzyka. The Clash? Mówi Wam to coś? Chociaż tak naprawdę miałam prawie orgazm przed ekranem, jak usłyszałam „Sunglasses At Night” zespołu Corey Hart. Nie zapomnijmy też o nawiązaniach do dzieł typu „ The Goonies”, „Labirynt”, „Obcy”, „Poltergeist” – czyli wszystko to, czym jaraliśmy się w naszych szczenięcych latach.

Podsumowując

W „Stranger Things” jest wszystko, co w produkcjach z lat 80 było najlepsze, najdziwniejsze, ale też pozornie odpychające. Do tego dorzućcie wszystkie wspaniałości ze swojego dzieciństwa (mówię tu głównie do pokolenia 80 i 90) i macie serialowy hit. Nie jest może dziełem wybitnym, bo powielane są w nim schematy, które właśnie w kinie z lat 80 były krytykowane (najbardziej chyba uderza naiwność bohaterów oraz ich niedorzeczne zachowania), ale wydaje mi się, że ten schemat był celowy, a wprawny widz miał te elementy wyłapać, uśmiechnąć się pod nosem i poczuć więź z twórcą.

To była pierwsza produkcja, przy której bawiłam się tak dobrze jak w dzieciństwie. Dlatego też daję najwyższą ocenę bez większego zastanowienia. Powroty to bowiem rzecz święta.

Ocena końcowa: 5

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Powiązane wpisy

Here you can find the related articles with the post you have recently read.