Blog o serialach i filmach anime – pozytywne, smutne, śmieszne

11 16 marca 2018

Revolution – Moje subiektywne spojrzenie na pilota

Revolution – Moje subiektywne spojrzenie na pilota
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

To chyba będzie najtrudniejsza recenzja jaką przyszło mi pisać. Nie dość, że Revolution, nowy serial J.J. Abramsa od początku budził spore kontrowersje i był często pomijany w zestawieniach hitów na ten rok, to jeszcze opinie w sieci po pierwszym odcinku są naprawdę skrajne. Na serial byliśmy przygotowywani ogromną ilością prom, które ujawniły olbrzymią część fabuły pierwszego odcinka, co odebrało mu odrobinę dynamiki, ale zacznijmy od początku. Zapraszam do lektury.

Revolution zaczyna się kiedy świat staję na krawędzi przepaści, bierze rozbieg i skaczę w dół, wyrywając przy tym wtyczkę z kontaktu. W jednej chwili na całej ziemi, prąd przestaje działać. Co by było ciekawiej, rodzina naszych głównych bohaterów, Ben, Rachel, oraz ich dzieci Danny i Charlie Matheson, wiedzą o tym wydarzeniu zdecydowanie więcej niż reszta populacji.

Oczywiście klasycznie już dla tego typu apokaliptycznych seriali (Walking Dead, Falling Skies to inni przedstawiciele gatunku), w których jedno wydarzenie zmienia cały świat, nie otrzymaliśmy zbyt wiele szczegółów dotyczących rewolucji jaka nastąpiła po załamaniu fizyki. Ok, dostajemy trochę informacji, ale tylko w formie mówionej, a nie ujęć. Wiemy, że po wyłączeniu prądu Ameryka rozpadła się na małe republiki, rząd upadł, a władze przejęły para-militarne oddziały milicji. W okolicy Chicago rządzi armia generała Monroe. Wiemy również, że ludzie, którzy pozostali w miastach spotkali się ze swoim stwórcą, pozostali zaś uciekli na wieś, gdzie stworzyli małe osady.

I to w zasadzie wszystkie informacje jakie dostajemy o przebiegu rewolucji. A szkoda. Nadal czekam na serial, który pokaże mi jak przebiegały zmiany, wtedy gdy zapanował największy chaos. Jak na razie wszyscy twórcy boją się tego wyzwania i wrzucają nas w nowy porządek, kiedy opada już największy pył bitewny, a rząd nie istnieje od dawna.

Już na samym początku serialu, spodobało mi się, że spotkałem znajomą twarz z Lostów. Elizabeth Mitchell, grająca matkę Charlie, znana była z roli Julie w wielkim hicie Abramsa. Niestety moja radość trwała krótko, bo jest ona pierwszą postacią, która idzie do piachu. Mam jednak wrażenie, że nie do końca wyjaśniony charakter jej śmierci, sytuuje ją w grupie podwyższonego ryzyka do „powrotu zza grobu”.

Przenieśmy się zatem piętnaście lat w przód, do małej osady, w której osiedlili się Charlie ze swoim ojcem, jego nową dziewczyną i przyjacielem. Toczą tam pozornie sielankowe życie, do momentu, w którym pewnego dnia do wioski wjeżdża oddział milicji, chcąc zabrać Bena (ojca Charlie) ze sobą. Już w tym momencie otrzymujemy pierwszą scenę akcji. Nierozwaga Danny`ego (syna), powoduje, że w wiosce rozpoczyna się walka, w wyniku której Ben ginie, a Danny zostaje uprowadzony przez milicję. Ojciec w ostatnich słowach instruuje Charlie (córkę, od tej chwili naszą główną bohaterkę), aby odnalazła jego brata w Chicago, gdyż on pomoże znaleźć jej brata.

Od tego momentu przechodzimy do głównego wątku fabularnego czyli podróży do Chicago i przygód, które następują w jej trakcie. Muszę powiedzieć, że zabrakło mi jednak jednej sceny. Gdzie jest pogrzeb ojca? Cała sytuacja została pokazana w taki sposób jakby Charlie po śmierci swojego taty wyszła z wioski po godzinie. Ja chciałbym zobaczyć jeszcze moment skupienia i zadumy na jej twarzy, zanim rzuca się w wir przygód.

A trzeba powiedzieć, że szukanie wrażeń i przygód jest nie obce naszej głównej bohaterce. Od dziecka żądna wrażeń, chodzi po okolicznych lasach i zbiera pocztówki z innych miast, marząc skrycie o odwiedzeniu ich. Jej marzenie spełnia się w najmniej oczekiwany i szczęśliwy sposób, tworząc pewien paradoks. Teoretycznie dostaje to czego chciała, ale jest to okupione rozstaniem z rodziną. W swoją podróż wyrusza razem z dziewczyną swojego ojca (lekarką, co nie jest bez wpływu na fabułę) i jego przyjacielem (Geek, pracujący niegdyś w google).

Trzeba powiedzieć, że Abrams, już chyba klasycznie dla siebie, nie wykazuje najmniejszych skrupułów i uśmierca bohaterów bez mrugnięcia okiem. Rodzina Charlie pada w ciągu pierwszy dziesięciu minut serialu, a na drodze do Chicago trup ściele się gęsto. I tu dochodzimy do sedna serialu i jego największej wady/zalety.

Revolution to serial akcji, i widać to już od pierwszych minut. Bohaterowie częściej niż podstępu, używają po prostu mieczy, pistoletów, kuszy czy tego, co tylko wpadnie im w ręce. Walki pięciu na jednego są tu normą i nikogo nie dziwi, że bohater radzi sobie z dwunastoma przeciwnikami na raz. Jest to jednak podejście wyrwane jakby z polsatowskich filmów z Seagalem w roli głównej i mi szczerze mówiąc kompletnie się nie podoba. Nie dlatego oglądam serial Abramsa, aby zobaczyć efektowne salta i uniki, ale po to, aby zaskoczył mnie zwrotami w scenariuszu, sprytem bohaterów i niespodziewanymi rozwiązaniami. Pod tym względem, niestety produkcja zawodzi.

Przesadą jest zwłaszcza odnaleziony wujek Charlie (Nie wiem, czy po tylu trailerach, ile zostało wypuszczonych, fakt odnalezienia go, można jeszcze nazwać spoilerem), który jest rambo, a kule się go nie imają. Ja rozumiem jego militarną przeszłość, ale panowie scenarzyści szanujmy się. Również zdecydowanie zbyt często pomoc przybywa w ostatniej chwili. Kiedy już wydaję się, że któryś z bohaterów jest w potrzasku, z którego nie ucieknie, zawsze okazuje się, że za plecami przeciwnika, dosłownie w ostatniej chwili, pojawia się ktoś kto wbija mu miecz w plecy. Ja rozumiem sens istnienia tego typu akcji w serialach, ale tutaj rozchodzi się o ilość, bo w samym pierwszym odcinku naliczyłem ze cztery takie „ratunki”.

Trzeba jednak przyznać, że poza tym mocno sensacyjnym stylem walk, fabuła prze naprzód w bardzo dobrym, dynamicznym tempie i nie pozwala widzowi się nudzić. Nawet jeśli obejrzał wcześniej ten sam odcinek pocięty na pięćdziesiąt króciutkich zapowiedzi. Nie sądziłem, że wszystkie te wydarzenia, zapowiedziane w trailerach, uda się zmieścić w jednym odcinku. A jednak! Pytanie jednak czy nie sprawia to, że serial pędzi nieco zbyt refleksyjnie? Póki co nie odczułem tego zbyt mocno, ale w przyszłości, może to być jedna z największych wad produkcji, chyba że scenarzyści, zmienią nieco styl pisania.

Poza wątkiem podróży, otrzymujemy również zagadkę, która będzie nam towarzyszyć przez cały sezon. Tuż przed wyłączeniem prądu, ojciec Charlie zgrywa coś w ostatniej chwili na pendrive, a potem robi wszystko, aby chronić jego zawartość. Nawet ceną własnego życia. Pod koniec odcinka, scenarzyści otwierają powiązaną z tym furtkę, która każe nam się zastanawiać, co jest na pendrivie, czemu generał Monroe ściga Bena i czy aby na pewno prąd przestał działać wszędzie? Jednak odpowiedzi na te wszystkie pytania, będą z pewnością ujawniane stopniowo, a przynajmniej na razie, na pierwszym planie pozostanie Charlie i jej podróż.

Warto też powiedzieć kilka słów o klimacie, który mimo, że nieco patetyczny, to urzekł mnie. Od pierwszych minut nieźle utożsamiałem się z bohaterami i wyobrażałem sobie jak wyglądałoby moje życie bez prądu. Pod tym względem odcinek zadziałał bardzo dobrze na moją wyobraźnię, co pociągnęło za sobą szczere wzruszenie w kilku innych momentach. Charlie jest ostatnim pokoleniem, które może jeszcze pamiętać czasy prądu. Przez to jest jej jeszcze trudniej, a po stracie matki i ojca oraz porwaniu brata, zostaje kompletnie sama. To sprawia, że jej charakter się hartuje i na pewno nie będzie bez wpływu na dalsze losy jej postaci. Póki co jednak chyba nie odnalazła w sobie tego mroku i złości, który powinien pchać ją na przód. Nie jest jeszcze pogodzona ze wszystkimi złymi wydarzeniami, które przytrafiły jej się na początku pierwszego odcinka.

Powoli zmierzamy do końca tej długiej recenzji, ale zanim zakończę, chce powiedzieć Wam, że odcinek kończy się bardzo ciekawym zwrotem akcji. Brakowało tego przez te kilkadziesiąt minut i dobrze, że chociaż na koniec, na sam deser otrzymaliśmy iście Abramowskie zagranie. Wróży to nieźle na przyszłość, a ja, nie ujawnię Wam co się stało. Musicie sami sięgnąć po Revolution, bo mimo wszystko serial wciąga i pozwala się odprężyć. Nie zmusi Was do głębokiego namysłu, ani do szukania nieszablonowych rozwiązań, ale może zapewnić Wam miłe popołudnie raz w tygodniu. O ile oczywiście scenarzyści dają radę utrzymać to szaleńcze tempo akcji. Póki co, po pierwszym odcinku, naprawdę ciężko wywróżyć czy serial będzie dobry, czy słaby, bo drzwi do bycia hitem, niestety chyba zostały już zamknięte.

A szkoda Revolution, bo jako jeden z nielicznych, tak bardzo w Ciebie wierzyłem.

About 

Related Articles