Blog o serialach i filmach anime – pozytywne, smutne, śmieszne

16 16 czerwca 2018

Procedurale – kocham, lubię, no nie wiem…

Procedurale – kocham, lubię, no nie wiem…
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Utonąłem w proceduralach. Pewnie wstyd się do tego przyznawać, zwłaszcza w necie, gdzie średnia wieku to 14 i pół roku, a Sherlock Holmes to prehistoria, jednak młodziaki – poczekajcie, aż będziecie wracać do domu po pracy i godzinie w korku, a zmieni się wam optyka zainteresowań… :)


W każdym razie, ochotę na tego rodzaju obrazy bezbłędnie wyczuli spece z amerykańskich stacji TV i dziś mamy na nie prawdziwy urodzaj. Najlepsze zyskują taką oglądalność, o jakiej inne seriale mogą tylko marzyć (NCIS – w dziewiątym sezonie: ponad 19 mln widzów!).

Przeżyłem już wiele lepszych i gorszych sezonów proceduralowych. Byłem świadkiem gaśnięcia gwiazd i narodzin nowych. Zakochiwałem się i odkochiwałem w różnych tytułach, i z pewnością mogę powiedzieć, że aby powstał zgrabny procedural z szansą na kilka sezonów, musi być spełnione kilka podstawowych warunków. Są jak składniki idealnej potrawy, którą uwielbiamy smakować nawet codziennie, ale tylko pod warunkiem, jeśli jest odpowiednio skomponowana.
Potrzeba zatem dobrego pomysłu, zdolnych, dowcipnych scenarzystów, znakomitych specjalistów od castingu, zdjęć i muzyki. Reszta jakoś pójdzie… To teoria. Praktyka boleśnie ją weryfikuje, czego ja doświadczam, wytrwale oglądając kolejne sezony starych i nowych tytułów w nadziei, że trafię na coś, co mnie zaczaruje, omami, zaintryguje. Może nawet wkurzyć, byle nie znudzić i uśpić.

A zatem, nadal jestem zakochany w Castle’u – no nie w nim osobiście, jak już to w Beckett :) – ten serial, do którego podchodziłem jak do jeża, stopniowo zauroczył mnie swoim klimatem (to zasługa przede wszystkim niesamowitego w tytułowej roli Nathana Filliona) i niezwykłą chemią wyczuwalną między parą bohaterów.

Pierwsze odcinki piątego sezonu – jak na razie dowodzą, że jednak można pokonać klątwę Moonlighting (zainteresowanych odsyłam do Wikipedii) i po gorącej nocy związek Castle’a i detektyw Beckett nie tylko nie oklapł, ale – znowu dzięki pracy scenarzystów i dobrej grze aktorów – rozkwita. Mamy już nawet zjawisko pod nazwą „Caskett” (to jak „Brangelina” – znowu odsyłam do sieci).

I dokładna odwrotność Castle’aserial Bones. Nowy sezon (ale i końcówka poprzedniego), to stopniowe psucie, skądinąd całkiem udanego, procedurala. Mam też, przy tej okazji własną teorię: jesteśmy właśnie świadkami, jak scenarzyści – unikając jak ognia klątwy Moonlighting – stworzyli kolejną: klątwę noworodków. Nie wiem czy to z powodu jakichś odgórnych nakazów, czy z racji panującej w Hollywood mody na dzieci, ale w serialach zaczęły masowo pojawiać się noworodki. Może to i słuszne, poprawne i piękne, ale ludziska najwyraźniej nie tego szukają, gdy włączają TV.

Kino przyciągało od zawsze swoją magią, potęgą prezentowanych uczuć, męstwem bohaterów, inteligencją wybranych. A gdy bohaterowie zaczynają się zachowywać jak stare, dobre małżeństwo, planujące żłobek i kółka zainteresowań dla swoich pociech, to czar ekranu pryska. Sorry, ale teraz ani Booth, ani Bones do mnie nie przemawiają jako para.

Odcinek „The Tiger In the Tale” jest poprawny. Nawet lepszy niż się spodziewałem po tragicznie pieluchowatym początku sezonu. Scenarzyści najwyraźniej przestraszyli się spadającej na łeb na szyję oglądalności i poukrywali dzieci głównych bohaterów (co na dłuższa metę też będzie dziwaczne), ale mleko już się rozlało…

Nie wiem czy Bones uda się uratować. Być może doświadczenia tego serialu będą teraz najcenniejsze jako wskazówki dla producentów czego należy unikać.

Z pewnością zdolnych scenarzystów nie brak liderowi rankingów oglądalności – serialowi NCIS. Dziesiąty sezon rozwija się nieźle. Już wcześniej zrezygnowano z uwikłania agenta DiNozza w „udany” związek małżeński, pozostawiając na niezłym poziomie napięcie między nim a energiczną, seksowną i momentami… groźną agentką David. A już tak niewiele brakowało…
Leroy Jethro Gibbs, czyli Mark Harmon starzeje się, ale wciąż może przyciągać rzesze fanek (dlatego, po wyrzuceniu Charliego Sheena z „Dwóch i pół”, właśnie Harmon wylądował na czele rankingu najlepiej zarabiających aktorów serialowych).

(Edit by Dominik: Akurat tu się mylisz  Zajrzyjcie tutaj, żeby sprawdzić kto jest na szczycie tej listy.)

Najświeższy odcinek – „Phoenix” – to ciekawie skonstruowana zagadka kryminalna ze specjalną rolą dla wracającego po chorobie dr. Mallarda. Mnie ten serial – mimo dziesiątego „krzyżyka” – wciąż potrafi zainteresować, lubię jego główne postaci i charakterystyczny dowcip. Widocznie mam podobne poczucie humoru jak miliony Amerykanów… :)

Dałem w tym tygodniu także szansę „Mentaliście”. Moim zdaniem, ten serial potrafi przyciągnąć swoim klimatem – może nie kilkanaście milionów widzów, ale całkiem solidną widownię. To zasługa przede wszystkim skupionej, energetycznej gry Simona Bakera jako Patricka Jane’a. Najnowszy odcinek: „Not One Red Cent” był na przyzwoitym poziomie (jakiejś wielkiej, finezyjnej zagadki nie dojrzałem, ale solidne morderstwo – i owszem), dlatego oceniam go raczej wyżej niż wyczyny twórców „Bones”.

Na koniec zostawiłem prawdziwą gratkę dla miłośników dobrze opowiedzianych historii kryminalnych – klasyk w nowoczesnej odsłonie i o wciągającym aktorstwie: brytyjski serial „Sherlock”. To nie amerykańska, poukładana produkcja z prawidłami sezonowymi: 22 do 24 odcinków (no chyba, że leci oglądalność…), trwających góra 50 minut z przerwami reklamowymi i dostosowanym do nich układem scen.

Brytyjczycy sięgnęli do Artura Conan Doyle’a (który to już raz) i stworzyli znowu coś znakomitego. Benedict Cumberbatch potrafił swoją grą zbudować postać Holmesa, który mimo że kompletnie nie liczy się z odczuciami innych, manipuluje nimi i wykorzystuje dla swoich celów, emanuje swego rodzaju magnetyczną energią i intelektem, którego nie sposób zignorować. Jego towarzysz, były lekarz wojskowy John Watson (świetna rola Martina Freemana), to nie tyle dopełnienie Holmesa, co jego zaprzeczenie, kontrastujące z nim zarówno sposobem myślenia, traktowania ludzi, jak i podejścia do świata. A jednak tych dwóch mężczyzn zadziwiająco wiele łączy, a ich dążenie do rozwikłania kolejnych zagadek kryminalnych wciąga wprost niesamowicie.

Reasumując:
– wciąż na czele mojej listy pozostaje NCIS i Castle, choć z różnych powodów, ale amatorom dobrych kryminałów z pełnym przekonaniem polecam „Sherlocka” – jest wciągający i pobudzający jak dobry gatunek angielskiej herbaty.
Mentalista – to średni poziom z nadzieją na zwyżkę, a wciąż grubo poniżej oczekiwań – Bones, no chyba, że klątwa noworodkowa przestanie działać…

About 

Related Articles